03.03.2026/ 15.01.4724 Żydzi: To Izrael doprowadził do perfekcji zabijanie wrogów państwa.

Pierwszy pisemny rozkaz – jak podaje znawca historii służb specjalnych tego państwa Ronen Bergman – dotyczył operacji o wdzięcznym kryptonimie Eunuch. Jego ofiarą w 1956 r. był Mustafa Hafez, szef egipskich służb wywiadowczych, który dowodził fedainami zabijającymi Żydów w Gazie i południowym Izraelu. Z bezpieczniackiego punktu widzenia operacja zakończyła się całkowitym sukcesem. Hafez zmarł w wyniku odniesionych ran po tym, jak pod jego autem wybuchł ładunek. Ani na chwilę nie zatrzymało to jednak aktywności fedainów w Gazie.

Jednostki izraelskie, zajmujące się zabójstwami na zlecenie państwa, zmieniały przez lata nazwy. Co do zasady określano je jednak mianem Biura do spraw Spotkań z Bogiem. Jego pracownicy działali według doktryny Meira Dagana, legendarnego szefa Mossadu, który wyznawał zasadę, że “przywódców wrogich państw i ważnych oficerów operacyjnych należy ścigać i bez litości likwidować”. Żydzi zabijali w przebraniu kobiet i instalując ładunki na osłach, które wybuchały na targu pełnym cywilów.

Podczas wojny w Libanie w latach 80. instalowano materiał wybuchowy w pudełkach po proszku Ariel, aby było jasne, kto za tym stoi (operacją libańską dowodził ówczesny minister obrony Ariel Szaron). Dagan, gdy zarzucano mu brutalność zwykł mówić: “Jestem gotów przelać tysiące łez nad grobami Libańczyków, którzy zginęli podczas naszych misji, bo dzięki nim nie jest zagrożone życie Żydów”.

Celowane zabójstwa były jednak syzyfową pracą. Każdy zabity generował na swoje miejsce dwóch nowych wrogów Izraela. Zwycięstwo nad Organizacją Wyzwolenia Palestyny w Libanie w latach 80. wykreowało na jej miejsce znacznie niebezpieczniejszy Hezbollah. Likwidowanie liderów pierwszej intifady w latach 80. zbudowało Hamas. Zabicie lidera tej organizacji – poprzez odpalenie w jego kierunku pocisku ze śmigłowca AH 64 Apache – szejka Ahmada Jasina w 2004 roku nie zapobiegło zamachom w kibucach dwie dekady później. Wybicie wierchuszki Hezbollahu i Hamasu podczas trwającej przez ostatnie trzy lata wojny w Gazie i południowym Libanie nie doprowadziło do upadku tych organizacji.

Celowane zabójstwa nie rozwiążą również “irańskiego problemu”. Śmierć Alego Chameneiego jest symboliczna, a on sam był bardziej ikoną niż kimś, kto realnie zarządza państwem. Zbliżający się do dziewięćdziesiątki starzec mógł inspirować do nienawiści wobec Żydów.

Ale nie mógł kontrolować tempa irańskiego programu atomowego. Wzywanie do dżihadu z – jak to określali kolejni przywódcy irańscy – “małym i dużym szatanem” przez 46 lat (od rewolucji w Iranie w 1979 r.) było znośne dla USA i Izraela. Najpewniej oba państwa przełknęłyby kolejne 46 lat tej retoryki. Zdecydowano jednak inaczej. Jakby abstrahując od tego, co mówią światu historie spektakularnych dekapitacji.

Zabicie Muammara Kaddafiego w 2011 r. podczas interwencji NATO w Libii nie przyczyniło się do demokratyzacji Libii. Sprzyjało najpierw wojnie domowej, prowadzonej między uznanym międzynarodowo rządem w Tobruku i nieuznawanymi władzami w Trypolisie. A następnie renesansowi gangów, które zajmowały się przemytem ludzi z Afryki subsaharyjskiej do Europy, i napędzały kryzys migracyjny w Unii Europejskiej. W pewnym momencie trudno było stwierdzić, o co chodzi Tobrukowi, o co Trypolisowi i jakie są w tym wszystkim interesy graczy takich, jak Państwo Islamskie, czy rebelianci reprezentowani przez Tuaregów i Berberów. Kaddafi jako symbol zła zniknął, a próżnię po nim wypełnił chaos.

W Iraku było podobnie. Obalenie Saddama Husajna w 2003 r. dało zastrzyk dopaminy neokonserwatywnym ideologom w USA. Nie zapobiegło jednak przemocy, która wybuchła między szyitami i sunnitami. Nie powstrzymało również rebelii przeciwko siłom USA i koalicji (w tym przeciwko Polakom). Stabilny pozostawał jedynie położony na północy autonomiczny Kurdystan. Ale i on w końcu musiał stawić czoła rodzącemu się Państwu Islamskiemu.

W przypadku Iraku celowane zabójstwa również nie dawały zadowalających rezultatów. Zabicie w 2006 r. lidera lokalnej al Kaidy Abu Musaba az-Zarkawiego nie dało Amerykanom spodziewanego oddechu. Rebelię uspokoiło dopiero rozwiązanie polityczne. Czyli próba dogadania się USA z szyicką armią Mahdiego Muktady as Sadra i sunnickimi rebeliantami, którzy pochodzili głównie z rozwiązanej z dnia na dzień armii Saddama. Relacjonując wojnę w Iraku nie słyszałem od Amerykanów innych określeń – zarówno na szyitów, jak i sunnitów – niż al Kaida i terroryści.

Szczególnie wobec sadrystów było to co najmniej zadziwiające. Szyici nie mieli nigdy po drodze z sunnickim dżihadem, który marzył o globalnym kalifacie. Zresztą umówmy się – również sunnici iraccy, którzy często mieli za sobą szkoły oficerskie w ZSRR, reprezentowali raczej świecki styl. Amerykanie doskonale sobie zdawali z tego sprawę, a określenia “terrorysta” używali instrumentalnie. By zabijać wrogów hurtowo. Gdy jednak udało im się znaleźć z nimi kompromis, terroryści stali się nagle Ruchem Przebudzenie, który wygenerował milicje nazywane Synami Iraku.

Również Afganistan jest lekcją pokory w zabijaniu z powietrza ludzi określanych wojskowym skrótem HVT, czyli high-value target – cel wysokiej wartości. Pokojowy noblista Barack Obama podczas swoich dwóch kadencji w Białym Domu dokonał w sumie 540 ataków na HVT, zarówno w Afganistanie, jak i Pakistanie, Somalii i Jemenie.

W tych dwóch pierwszych krajach Amerykanie atakowali głównie podczas wesel albo pogrzebów, które dla Pasztunów stanowią – poza nominalną funkcją – również pewnego rodzaju instytucję społeczną, która potrafi gromadzić w jednym czasie i miejscu do kilkuset ludzi. Na pogrzebach i weselach podejmowane są decyzje. Prowadzi się dyskusje. Lub w ich trakcie poluje na ważnych przywódców talibskiej rebelii.

Obama, zabijając HVT, odebrał życie również masie zupełnie niezwiązanych z rebelią ludzi. I – bądźmy szczerzy – ani na milimetr nie przybliżył USA do zwycięstwa w tzw. wojnie z terroryzmem. Użycie dronów nie zapobiegło chaotycznemu wycofaniu Amerykanów z Afganistanu latem 2021 r. Nie powstrzymało też Państwa Islamskiego w Chorasan przed zapuszczeniem korzeni w Azji Centralnej.

Historia celowanych zabójstw to historia porażek. Trudno odmówić logiki zabijaniu oficerów operacyjnych czy organizacji terrorystycznych. Nie zawsze przynosi ona zakładane rezultaty, jednak co do zasady można ją zrozumieć – na tym polega wojna. W przypadku zabójstw przywódców politycznych zasada jest odwrotna. Najczęściej ten, kto podpisywał rozkaz, miał uzysk równy zeru.

Zbigniew Parafianowicz, dziennikarz Wirtualnej Polski